Maciej Adamiec

 

a jeep driving through the desert with a mountain in the background
11 kwietnia 2026

Wizytówka

Łyk wody. 

Terkot wentylatora.

Błogość. 

 

 

          Zerknąłem na trzymaną w ręce wizytówkę. Ministry Of Tourism  – angielski zwrot był jedynym fragmentem tekstu, który rozumiałem. Dodawał wielkoświatowego sznytu. Znaczenia reszty, zapisanej w języku arabskim mogłem się tylko domyślać. Na pewno było na niej imię i nazwisko naszego gospodarza, przesympatycznego człowieka, który zaprosił nas do swojego biura ratując przed paraliżującą ciała i umysły spiekotą.

Dzień był wyjątkowo upalny. Istny festiwal słońca. Ulice Damaszku – pustynne kaniony. Ludzie – jaszczurki, przemykający między plamami cienia. Chodniki parzące w stopy. Betonowe budynki kumulujące ciepło, niczym ogromne, kaflowe piece. 

Biada tym, których mieszkania nie zostały wyposażone w klimatyzację. 

A my? Młodzi, spragnieni przygody i przez to jakby pokryci teflonem, żaroodporni, od rana usiłowaliśmy dotrzeć do urzędu, który wydałby nam zezwolenie na zwiedzenie syryjskiej części Wzgórz Golan. 

Przewodnik Lonely Planet precyzyjnie określał adres, ale miejscowy taksówkarz zdawał się kompletnie nie identyfikować miejsca wskazanego na załączonej mapce. Straciliśmy ponad godzinę na bezładną jazdę po mieście, to tu, to tam. Wreszcie zatrzymał się, oczekując zapłaty pomimo tego, że nie dotarł nawet w pobliże celu. 

Kłótnia, która wybuchła, sprowokowała interwencję policjanta. Ten, wyrwany z letargu i zmuszony do aktywności mruczał gniewnie, jednak ostatecznie rozstrzygnął spór na naszą korzyść. 

Tak czy owak szansa na podwiezienie przepadła.

           Mężczyzna dostrzegł nas zza przeszklonej witryny biura. Otworzył drzwi, przez które powiało chłodem, jakbyśmy w upalny dzień znaleźli się nad górskim strumieniem. Zaprosił gestem ręki. W przestronnym hallu stało kilka klubowych foteli. Zapadliśmy się w ich podkowiaste oparcia, przylgnęliśmy jak opiłki metalu do powierzchni magnesu. 

Błogość.

Nie wiem czym się kierował, okazując tyle serdeczności. Może zaintrygowała go uroda Marty i Mai – dwóch przedstawicielek płci pięknej w składzie naszego sześcioosobowego zespołu? Może nasza wizyta była dla okazją do konwersacji w języku angielskim? Miłym przerywnikiem? Wyrwaniem z rutyny?

Dość, że udzielił niezbędnych wskazówek, do tego uraczył wodą i sympatyczną, pełną autentycznego zainteresowania rozmową. 

Każdemu z nas wręczył wizytówkę. 

    – It may be useful – dodał, tłumacząc się. Jakby obawiając, że gest ten uznamy za objaw megalomanii. 

Iście europejska etykieta.

 

 

           Piach nie jest sprzymierzeńcem precyzyjnych urządzeń mechanicznych zaś aparatów fotograficznych w szczególności. Ani pędzelek, ani gumowa gruszka, służąca do zdmuchiwania zanieczyszczeń nie były w stanie nic poradzić. Migawka mojej Praktiki została trwale unieruchomiona. Nie było szans na jej naprawę przed powrotem do Polski. 

Musiało się to stać w Jordanii, konkretnie w Wadi Musa, gdzie przez kilka dni eksplorowaliśmy ruiny starożytnej Petry. Gorący wiatr niósł tumany czerwonego pyłu. Nie mogłem powstrzymać się od robienia zdjęć, choć rozsądek podpowiadał, aby aparat nie opuszczał zabezpieczonego foliową torebką futerału. Byłem zły z powodu usterki. Wadi Rum, ku której zmierzaliśmy, była wspaniałym plenerem fotograficznym. Skrzyżowanie pustyni i gór. 

Szczęście w nieszczęściu – był to jednocześnie jeden z ostatnich etapów naszej włóczęgi. Aparat mógł ulec uszkodzeniu znacznie wcześniej. Fakt, że służył mi aż do tej chwili był autentycznym uśmiechem losu.

Choć wiatr i pył drażniły oczy wpatrywałem się zachłannie w pejzaż. Zakodowałem go. Zabawne – ludzka pamięć działa jak klisza. Wydłużając czas postrzegania zwiększa się głębię ostrości. Zupełnie jak w aparacie fotograficznym.

Ostatni odcinek drogi do Wadi Rum przebiegał niemal idealnie prosto, w kierunku ze wschodu na zachód. Rozświetlone czerwonym blaskiem skalne górotwory, wyłoniły się z morza piasku jak gigantyczne żółwie. Nad pustynią zachodziło słońce. Jechaliśmy w milczeniu urzeczeni spektaklem ufundowanym przez naturę. Wreszcie zmęczenie wzięło górę, a my ukryliśmy się za wysokimi burtami ciężarówki. W dali, ku zachodowi, ginęła nitka Desert Highway.

Podróż do tego miejsca sama w sobie stanowiła duże przeżycie. Desert Highway przecina Jordanię na osi północ – południe. Droga jest dobrej jakości i nawet nasz leciwy autobus rozwijał na niej sporą prędkość. Kierowca ze zdziwieniem przyjął prośbę o zatrzymanie się na krzyżówce z drogą do Wadi Rum. Tłumaczył coś, intensywnie gestykulując, wskazując to na słońce, to znów na zegarek. Nie przekonał nas.

Wyskoczyliśmy z samochodu lądując na rozgrzanym żwirze. Obok mnie znalazł się Dominik, kolega z mojego akademickiego rocznika wraz z Danielem, swoim bratem, przyszłym prawnikiem. Sprawnie wdrapali się na dach, gdzie na specjalnym stelażu przytroczone były nasze plecaki. Ja ulokowałem się na drabince, w połowie wysokości autobusu, aby pośredniczyć w transporcie bagażu. 

Za szybą, na wprost mojej głowy siedziały dwie Arabki. Młodsza i starsza. Ta pierwsza, tuż przy oknie, co rusz zerkała w moją stronę. Było to dość zabawne – odwracała głowę gdy tylko podnosiłem wzrok. Wkrótce dałem się wciągnąć w tę osobliwą grę spojrzeń. Chwila dekoncentracji wystarczyła, aby jeden z plecaków zwalił się w pył. Trudno. 

Nasze zachowanie nie uszło uwadze starszej kobiety, która skarciła towarzyszkę, szepcząc jej coś do ucha. Dziewczyna zamarła w bezruchu, a ja poczułem wyrzuty sumienia.

Kiedy ostatni plecak znalazł się na ziemi, zeskoczyłem z drabinki. Silnik autobusu zarzęził, wiekowa blacha zaczęła wibrować. 

Wtedy dziewczyna raz jeszcze odwróciła się w moją stronę i spojrzała mi prosto w oczy. Pomimo nikabu zasłaniającego jej twarz wiedziałem, że się uśmiecha. Wiedziałem też, że jest piękna. 

 

 

           Przewożenie ludzi samochodami innymi niż osobowe nie jest w Jordanii akceptowane przez prawo. Kierowcy i pasażerowie przyłapani przez policję na podobnego rodzaju procederze, mogą mówić o szczęściu, jeśli sprawa kończy się wyłącznie reprymendą. Perspektywa spędzenia czasu w towarzystwie Europejczyków, w szczególności zaś europejskich, urodziwych i na tamtejsze warunki skąpo ubranych kobiet była jednak na tyle atrakcyjna, że wielu  kierowców podejmowało ryzyko. Ale tego popołudnia, na drogę do siedziby legendarnego Lawrence'a z Arabii, nie zamierzał odbić nikt.

Koczowaliśmy, wpatrzeni w przesuwające się w tumanach kurzu światła. Ciężarówka. Kolejna ciężarówka. Duże, małe, stare dziwacznie pomalowane i nowoczesne ciągniki siodłowe. Obwieszone migającymi lampkami, których lokalizacji i zastosowania nie regulowały żadne przepisy. Jedna z nich przykuła naszą uwagę. Miała włączony kierunkowskaz!

          To nie było chwytanie okazji, to była sprawnie przeprowadzona blokada drogi. Postawiliśmy na najmocniejszych zawodników – Marta i Maja wystąpiły naprzód, machając uniesionymi ku górze kciukami. Ich opalone, wilgotne od potu ramiona falowały nad asfaltem jak miraż. 

Dziesięciokołowy potwór zaryczał klaksonem. Maszyna zjechała na pobocze i zatrzymała się. Po paru minutach nieudolnej konwersacji w języku polsko – angielsko – arabskim osiągnęliśmy porozumienie na tyle, aby kierowca pozwolił nam wgramolić się przez burty i ulokować na zasłanym gruzem dnie ładowni. 

Ruszyliśmy. Stojąc przy burtach staraliśmy się utrzymać w pionie. Pojazd drżał w febrze, droga była wyboista, a resory najwyraźniej do cna zużyte. Nasze plecaki turlały się po rumoszu, upodabniając do wielkich, obtoczonych mąką bochnów chleba. Na szczęście widok rekompensował wszelkie niewygody. Nikt się nie skarżył. Słońce posyłało nam ostatnie uśmiechy, zupełnie jak moja piękna, nieznajoma Arabka.

           

         Gwałtowne hamowanie. Przekleństwa. W oddali, w dole drogi, zamajaczył surowy budynek.  Na maszcie łopotała jordańska flaga. 

Posterunek.

    

           Kierowca wysiadł z szoferki i wdrapał po drabince do ładowni. Musiało dotrzeć do niego, w co się wpakował. Jaką cenę przyjdzie mu teraz zapłacić za okazaną nam życzliwość? Tutejsze służby bywały nieobliczalne. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę. Gestem dał do zrozumienia, że powinniśmy się położyć na dnie ładowni. Polecenie wykonaliśmy bez szemrania. 

Ciężarówka ruszyła. Analizując częstotliwość uderzeń o metalowe dno starałem się obliczyć prędkość z jaką się poruszamy. Piekielne równanie, droga, prędkość, czas, obite kolana i łokcie. Minęliśmy już ten cholerny posterunek czy nie?

Wszyscy starali się trzymać fason, choć wiedziałem że to jedynie poza. Tylko Daniel wyglądał tak, jakby dopiero teraz zaczynał dobrze się bawić.

          Daniel był studentem prawa. Umięśniony jak lekkoatleta, którym faktycznie był, ostrzyżony tuż przy skórze, wymykał się stereotypom. Bardzo inteligentny i oczytany, podobnie jak uczestniczący w wyprawie jego starszy brat Dominik. W  przeciwieństwie do niego jednak zadziorny, bezczelny i pozbawiony zahamowań. Nie wykazywał typowo inteligenckiej tendencji do dzielenia włosa na czworo. Chwilami, owszem, bywał irytujący.

Wspólny namiot dał nam szansę poznania i obdarzenia sympatią. Obaj prezentowaliśmy dystans wobec świata, jednak w moim przypadku objawiało się to wycofaniem i przyjęciem roli obserwatora. Młody natomiast nie miał żadnych skrupułów by dążyć do zwarcia. Jeśli sprawy nie toczyły się po jego myśli, oznaczało to kłopoty. Szczerze powiedziawszy zawadiacka fantazja była cechą, której mu podświadomie zazdrościłem. 

Kilka tygodni wcześniej Daniel o mały włos napytałby sobie i wszystkim nam kłopotów. Rzecz miała miejsce w syryjskim Aleppo, gdzie dla urozmaicenia wieczoru udaliśmy się na miejscowy festyn. Lokalne gwiazdy i gwiazdki prezentowały twórczość wokalną z gatunku określonego przez nas jako arabic disco. Nieskomplikowana muzyka tworzyła jednak egzotyczny klimat, który udzielił się nam, starającym wtopić w imprezę. 

Po pewnym czasie, falując wśród zbiorowiska mężczyzn (słuchaczami koncertu byli wyłącznie mężczyźni, aczkolwiek wśród wykonawców dominowały kobiety) znaleźliśmy się mniej więcej na środku placu, ciasno otoczeni przez tłum.

Daniel wydawał się być znudzony, bezalkoholowa impreza w męskim gronie nie była w jego typie. W którejś chwili uznał więc, że warto wnieść jakiś ożywczy, polski akcent. Przekrzykując konferansjera ryknął: „uwaga, teraz na scenę wchodzi Kasia Kowalska! Kasia Kowalska, ze swoim meeee!” 

Zamarliśmy. O ile twórczość Kasi Kowalskiej nie została jeszcze wypromowana na Bliskim Wschodzie i jej nazwisko najwyraźniej nikomu nic nie mówiło, o tyle kozia onomatopeja została zrozumiana przez wszystkich. Konkluzja była jednoznaczna, europejscy aroganci kpią z tutejszych idolek. Tłum wokół nas przerzedził się. Twarze mężczyzn wyrażały kompletny brak poczucia humoru i dystansu. Odtrąbiliśmy odwrót. 

Jestem przekonany, że gdyby nie obecność Marty i Mai oberwalibyśmy solidnie. Udało się jednak wydostać bez szwanku. Z kilku ciśniętych w naszą stronę kamieni żaden nie trafił. Nikt nie ucierpiał. 

Co na to wszystko Daniel? Winą za zajście obarczył Kasię Kowalską. Nie przyjmował krytyki. Taki po prostu był.

    

 

             Znów hamowanie. Leżymy bez ruchu, na dnie ładowni. Jedna szansa na dwie, że sprawa skończy się na kontroli dokumentów kierowcy. Musiał przecież jeździć już na tej trasie, swój chłopak. Muszą go przecież znać! 

Słyszymy dialog. Serdeczny, żartobliwy. Potem rozmowa cichnie. 

Skrzypnięcie drabinki. 

Pierwszy ukazuje się automat Kałasznikowa. Ostro odcina od granatowego nieba. Policjant jest otyły, sapie ze zmęczenia. Patrzy.

Na nalanej, niedbale ogolonej twarzy odmalowuje się bezgraniczne zdumienie. Potem jego twarz tężeje. Odwraca się w stronę kierowcy. Charcząc pod nosem stacza z powrotem na ziemię. 

Krzyczy. Nieszczęśliwy kierowca odpowiada coś półsłówkami. 

Po chwili znów słychać skrzyp drabinki i znów sapanie. Policjant poprawia beret, w obliczu cudzoziemców chce wypaść godnie i wzbudzić należny stróżowi prawa szacunek. 

Skinieniem głowy każe nam wysiadać. Szczeka łamaną angielszczyzną: – Tourists! Out! 

          Usiedliśmy na rzuconych na ziemię plecakach. Budynek mógł być zbudowany zarówno dziesięć jak i sto lat temu. Jedynie obecność lampy i megafonu upewniała nas, że pozostajemy w  dwudziestym wieku. Posterunek musiał mieć też łączność telefoniczną, rachityczny kabel łączył go z biegnącą wzdłuż drogi trakcją. 

Szczerze współczuliśmy kierowcy. Zza uchylonego okna dobiegał jazgot policjanta. Nie wiem jakie kłopoty ściągnął na siebie nasz nieszczęsny przewoźnik, ale kiedy po dłuższej chwili wyszedł z budynku, posłał nam pełne wyrzutu spojrzenie i bez pożegnania załadował do ciężarówki. Czemu akurat na jego drodze Allah postawił te dwie młode europejki? 

Zostaliśmy sami w tumanie rdzawego kurzu.

    Policjant nie miał pomysłu co z nami dalej począć. Niski szarżą, w kwestii cudzoziemców wolał zasięgnąć opinii przełożonych. Przez okno budynku widzieliśmy jego próby nawiązania telefonicznej łączności, przerywane miarowymi uderzeniami w widełki telefonu. Po kilku minutach wstał i poirytowany zaczął krążyć po pomieszczeniu.

Czekaliśmy.

W końcu głos zabrał Daniel. Z właściwym sobie wdziękiem zagaił: 

    – Kurwa, nie będziemy tu przecież kiblować całą noc. Ma ktoś tę wizytówkę z Damaszku?

Jeśli ten koleś rozumie choć pięć słów po angielsku to jeszcze dzisiaj będziemy w Wadi Rum, zakład? 

Kilka par rąk zanurkowało w plecakach. Jest! Skrawek papieru powędrował w kierunku Daniela. Ten poprawił kołnierzyk koszulki, jakby szykował się do wejścia na salę rozpraw. 

Splunął. 

Zdziwiony policjant podniósł się z miejsca, zanim jednak zdążył się odezwać Daniel podetknął mu wizytówkę przed sam nos i wypalił:

    – Do you know who are we? Look, minister! Minister! 

Ostatnie słowo powtórzył kilkukrotnie, pozornie bez składu i sensu, ale za to głośno i bardzo stanowczo.

    – Ministry of tourism! Do you know, who are we?

    Policjant najwyraźniej nie czuł się komfortowo i za pomocą karabinu usiłował zwiększyć dystans między sobą a Danielem, który napierał niemalże następując mu na palce. 

    – Minister! – ryczał bezceremonialnie odpychając lufę. 

Policjant cofnął się. Widać było, że nie jest przyzwyczajony do takiej postawy u zatrzymanych. Być może w naturze zakodowany miał respekt przed siłą i stanowczością, jako atrybutami władzy. 

Kim był ten gówniarz, który miał czelność wrzeszczeć na niego w jego własnym, pustynnym królestwie?

Daniel kontynuował natarcie. W luźnej wiązance angielskich słów, którą z siebie wyrzucał raz po raz pojawiały się określenia samochód, jechać, Wadi rum i oczywiście minister. To ostatnie zdecydowanie najczęściej.

Policjant uniósł dłoń, dając znak że ma dość tej tyrady. Widać było jak walczy z myślami. 

    – Ok, ok – wysapał w końcu i opadł na krzesło. 

Gestem ręki wyprosił nas, stłoczonych w drzwiach obserwatorów zajścia. Intuicja nakazywała spełnić jego prośbę. Trzeba było dać mu szansę aby wyszedł ze starcia z honorem. 

Zajęliśmy strategiczne miejsca przy oknie. Aparat telefoniczny znów poszedł w ruch. W końcu połączenie zostało nawiązane i w miejsce dotychczasowego mamrotania dało się słyszeć gardłowe, pełne emocji wrzaski. Wreszcie słuchawka opadła na widełki, policjant wstał i poprawił mundur

    – Wadi Rum? – spytał. 

Odpowiedziały mu skinienia głów. Cmoknął z zadowoleniem i kontynuował:

    – Bus. No hiking. Hiking forbidden. Only bus. 

Zrozumieliśmy. Ale skąd bus, o tej porze i na środku pustyni? Musiał dostrzec pytanie wypisane na naszych twarzach, bo ręką wskazał aparat telefoniczny

Wszystko jasne. 

    

 

           Zapadła noc. Siedzieliśmy na plecakach przed posterunkiem, w poświacie wiszącej na słupie lampy. Było zimno.

Policjant stał w drzwiach budynku raz po raz zerkając w naszą stronę, ale miałem go gdzieś. Wbiłem spojrzenie w piach.

Spośród leżących na ziemi plecaków wyłonił się skorpion, jak dotąd jedyny którego dane mi było w życiu oglądać. Na dłuższą chwilę przykuł uwagę obecnych. Odruchowo podkurczyliśmy nogi. 

Widowisko zakończył Daniel, rozgniatając go wibramową podeszwą.

W oddali na szosie zamajaczyły światła.

          Kierowca autobusu musiał być mocno rozczarowany, gdyż za ekstra kurs w środku nocy spodziewał się sutej zapłaty. Niestety, na migi wyjaśniliśmy, że ewentualny rachunek reguluje sympatyczny pan z posterunku przy szosie. Wzruszenie ramion z sakramentalnym „students, no money” przypieczętowało debatę z naszej strony. 

Wadi Rum osiągnęliśmy przed północą. Na miejscu odnaleźliśmy upatrzony (jedyny zresztą) rest house. Ceny noclegów okazały się zaporowe, jednak zezwolono nam na spędzenie nocy na dachu. Jego sektorowa konstrukcja stwarzały specyficzną, niemal intymną atmosferę. Zza murków wyglądały pojedyncze głowy, słychać było rozmowy w kilku językach. 

Po niewymyślnej wieczerzy ułożyliśmy w śpiworach. Daniel leżał tuż obok mnie i pierwszy zapadł w sen.

Patrzyłem w niebo. Gwiazdy wydawały się być tak blisko nad naszymi głowami, że wystarczyło wyciągnąć rękę aby ich dotknąć. Pomyślałem, że wezmę sobie jedną na pamiątkę.

Dlaczego tego nie zrobiłem? 

Może po prostu byłem zbyt zmęczony.

 

 

Post scriptum. 

Wizytówka z syryjskiego Ministerstwa Turystyki trafiła do portfela Daniela i została przez niego jeszcze kilkukrotnie wykorzystana. Nie odbywało się to co prawda w równie dramatycznych okolicznościach, ale dzięki niej i ułańskiej fantazji użytkownika udało nam się odwiedzić kilka miejsc niedostępnych dla zwykłych turystów.

Egzemplarz, który był w moim posiadaniu przewijał się przez rozmaite szuflady i szafki aby wreszcie bezpowrotnie przepaść.

 

Maciej Adamiec Niepewnahistoria.pl 2024 Wszystkie prawa zastrzeżone